Fragmenty wspomnień syna Zenona;
„W 1939 roku też łamaliśmy się opłatkiem. Było nas tylko troje. Myślami łączyliśmy się z bliskimi naszemu sercu, w szczególności z Ojcem. Życzyliśmy sobie rychłego z Nim spotkania. Wprawdzie pocztówka od Niego z obozu w Ostaszowie była dopiero w drodze, to jednak wierzyliśmy w Jego powrót. Pocztówkę otrzymaliśmy 31 grudnia. Radość była przeogromna, chociaż treść była lakoniczna jakby przeszła cenzurę:
8.12.1939 Kochana Żono Donoszę Ci, że jestem zdrów i przy życiu. Przebywam w Rosji w Ostaszkowie. Na odwrocie pod adresse jest mój adres, proszę o szybki odpis. Modlę się za Was. Kochający Cię mąż Dominiczak Jan.
Karta ta obudziła w nas nadzieję na rychły powrót Ojca. Nadzieja ta była jednak płonna. Już nigdy więcej nie otrzymaliśmy od Niego znaku życia (…). W lutym 1945 roku front przetaczał się przez Pleszew (Pleszew został wyzwolony 24.01.1945). Oddziały wojska polskiego i delegatura kościelna biwakowały na targowisku. My dzieci, z nadzieję na chociażby strzęp informacji o jeńcach z Ostaszkowa wieczorami odwiedzaliśmy biwak i „nadstawialiśmy ucha”. Dostaliśmy tam w prezencie obrazki Matki Boskiej i Jezusa. Zawisły one nad drzwiami w kuchni, a wojsko odeszło zdobywać Berlin.
Po kapitulacji Niemców nasi żołnierze wracali jako zwycięzcy. Na rynku dumnie maszerowali w szyku defiladowym wśród radości tłumów. Nie wszyscy wiwatowali. W tłumie stał 9-letni chłopiec z siostrą Wiesią i w napięciu, z drżeniem serca wpatrywał się w maszerujących żołnierzy. Miał nadzieję, że może rozpozna wśród nich swojego Ojca. Byłby to cud. Przecież nie znał Go, nie wiedział jak On wygląda. Wierzył jednak, że serce mu podpowie: to jest On. Cud się nie zdarzył i chłopiec szlochając, pobiegł ulicą Sienkiewicza na drugi koniec miasta do swojej Mamy. Wojsko zajęło opuszczone przez Niemców koszary. Jednego wieczoru odbył się tam apel poległych. Kompanie ustawiły się na placu apelowym, rozległa się komenda otwierająca apel i młody energiczny głos zaczął wywoływać nazwiska poległych żołnierzy. Każdorazowo przy dźwięku werbli wojsko odpowiadało „poległ na polu chwały” i następowała salwa z karabinów. Było to wzruszające przeżycie. Chłopiec w skupieniu wysłuchiwał nazwiska poległych. Nie wymieniono nazwiska Jan Dominiczak. Z uczuciem ulgi stwierdził, że chyba jego Ojciec nie zginął, przynajmniej nie w tej jednostce.
Ojciec nie wrócił ze wschodu, więc może należy go oczekiwać, gdy przybędą z zachodu oddziały polskiego wojska z generałem Andersem na białym koniu (…). leżałem w szpitalu chory na dur brzuszny. Wtedy ta choroba dziesiątkowała zarażonych, jedynym ratunkiem była niedostępna penicylina. Mamusia dokonywała cudów (…). Dziękuję Ci Mamo! Po chorobie pozostały jednak usztywnienia stawów kolanowych. Przez pewien czas wożono mnie do szkoły rowerem, a przerwy szkolne spędzałem siedząc w ławce. Mamusia całe dnie spędzała przy maszynie do szycie, Ojca ciągle brakowało, nadzieja na Jego powrót topniała. A jednak prawie powrócił!
Było to we śnie. Dorośli nieraz rozmawiali o pogmatwanych ludzkich losach. Że może Jasiu żyje gdzieś na zesłaniu na Syberii lub na odludziu w dalekim Kazachstanie, że może założył tam nową rodzinę i już nie wróci do kraju. Wtedy to wrócił we śnie. Zapamiętałem, że wysoki mężczyzna wszedł do kuchni a za nim jakaś egzotyczna Azjatka. On stanął oparty o futrynę drzwi, a ona przysiadła na skrzynce na drwa przy drzwiach. Tak trwali bez słowa i bez ruchu. Przecież nie znałem Ojca, ale wiedziałem, że to jest On. Nikt inny nie wszedłby do naszej kuchni jak do swojego domu, bez pukania i tak pewnie. Sen się urwał, ale długo był dla mnie w tym półsieroctwie radosnym wspomnieniem.”